„Predator” w służbie układu. Jak były oficer CBŚP stał się ścierką afery lubińskiej

Jednym z najciekawszych przykładów skompromitowanych funkcjonariuszy służb, którzy wypływają przy „aferze lubińskiej”, jest Marek Pohnke — były oficer CBŚ, dziś „element obrotowy” układu polityczno‑biznesowego wyrosłego w Zagłębiu Miedziowym.
Czasem zastanawiam się, co się musiało wydarzyć po drodze, że zaliczył taki regres: z odznaczanego policjanta i funkcjonariusza CBŚP do klakiera skorumpowanych polityków, samozwańczego „prawnika” i detektywa z utraconymi uprawnieniami.
Kiedy tracisz pozycję niezależnego kontraktora i stajesz się ścierką do zbierania najbrudniejszych zleceń układu, to znaczy, że wszedłeś w niego tak głęboko, że nie możesz się cofnąć — zostało tylko plucie, straszenie i wiara w to, że prawda zostanie zadeptana, nim spadniesz z rowerka.
Nie mam wątpliwości, że Marek Pohnke przez lata służby w CBŚP zbudował wokół siebie wianuszek znajomych w mundurach, którzy bardzo chętnie pomagali mu po wydaleniu z formacji.
Jednym z najbardziej „wartościowych” jest nadinspektor Paweł Półtorzycki (obecnie komendant wojewódzki policji), który w mojej sprawie odegrał rolę modelową dla tego układu: mimo wiedzy o zagrożeniu i o składanych przeze mnie zeznaniach obciążających lokalną sitwę odmówił mi udzielenia ochrony policyjnej. Były też inne sytuacje, w których policja bardzo wyraźnie dała mi do zrozumienia, że nie jestem „klientem”, któremu warto pomagać… ale nie o tym jest ta nitka.
Przez długi czas łączyłem kropki, próbując zrozumieć, skąd bierze się ta ostentacyjna niechęć, ale kiedy rola Pohnke stała się aż nazbyt widoczna, zrozumiałem, że dawna znajomość z Półtorzyckim z czasów CBŚP wcale się nie zakończyła.
Nieruchomość przy ul. Połbina 1G
Interesującym wątkiem jest nieruchomość przy ul. gen. Iwana Połbina 1G/4 we Wrocławiu, gdzie od lat mieści się siedziba „kancelarii” Pohnkego. To budynek praktycznie graniczący z Komisariatu Policji Wrocław‑Fabryczna, który w 2011 roku został objęty specjalnym zarządzeniem nr 333 wojewody dolnośląskiego, na podstawie którego Pohnke zawarł umowę najmu lokalu na czas nieokreślony. Służbowe mieszkanie tuż obok komisariatu, czas „nieoznaczony” — bardzo wygodny adres dla kogoś, kto lubi się stale stykać z dawnymi kolegami z firmy.

Co ciekawe, niedługo przed zawarciem umowy Pohnke zarejestrował pod tym adresem swoją działalność gospodarczą o znamiennej nazwie „Kancelaria Prawna CBS”. Oczywiście nie jest to żadna kancelaria prawna, tylko chwyt marketingowy — szyld mający sugerować parasol ochronny i kontakty w służbach.
Co prawda z prawnego punktu widzenia policjanci mogą prowadzić działalność gospodarczą, ale dopiero po uzyskaniu pisemnej zgody właściwego przełożonego i pod warunkiem, że nie koliduje to z obowiązkami służbowymi ani nie podważa zaufania do Policji. Skoro działalność „Kancelarii Prawnej CBS” została wpisana na adres mieszkania służbowego funkcjonariusza CBŚP, to oznacza, że przełożeni musieli wiedzieć o biznesowych przedsięwzięciach Pohnkego — i co najmniej je tolerowali, a co poniekórzy czerpali zapewne dodatkowe korzyści.
Pytanie brzmi, dlaczego Marek Pohnke wciąż włada lokalem przy Połbina 1G/4, mimo że wiele lat temu został usunięty ze służby w atmosferze skandalu, postępowań karnych i dyscyplinarnych, a także wobec późniejszych, rażących naruszeń prawa po stronie jego „działalności detektywistycznej”.
Czy to jest standard, że mieszkania przy komisariatach zostają przy ludziach, którzy kończą karierę w CBŚP z zarzutami i kolejnymi sprawami karnymi na karku — czy raczej nagroda za rolę „elementu obrotowego” w lokalnym układzie?
Odejście z policji i „biznesowa” kariera
Kulisy odejścia Marka Pohnke z policji są owiane tajemnicą, ale z tego, co udało mi się ustalić, chodziło o dość „filmową” okoliczność: rozbity radiowóz, który nie został natychmiast zgłoszony do przełożonych, tylko zniknął na prywatnym parkingu i miał „przeczekać”, aż sprawa „przycichnie”. Taki numer może przejść u lokalnego cwaniaka, ale nie u funkcjonariusza CBŚP — nic dziwnego, że kiedy sprawa wyszła na jaw, wylot ze służby na zbity pysk był tylko kwestią czasu.
Po wyrzuceniu z policji Pohnke nie zapadł się pod ziemię, tylko skorzystał ze zorganizowanego zaplecza gospodarczego. Jeszcze w czasie służby w policji Marek odkrył w sobie żyłkę biznesmena, stając się seryjnym wspólnikiem i prezesem w spółkach z o.o. od „doradztwa, kontroli biznesowej i detektywistyki”. Chętnie powoływał spółki, nie pokrywając w nich kapitału zakładowego, a jedna z nich — o tajemniczej nazwie SAVEXIM, w której Pohnke był jedynym wspólnikiem — została rozwiązana z automatu bez przeprowadzania likwidacji.

Najlepszą wizytówką jego „kompetencji” doradczych jest jednak Dolnośląski Instytut Kontroli Biznesowej. Zarządzana przez Pohnkego spółka, która miała kontrolować biznes innych, sama dorobiła się serii tytułów wykonawczych i egzekucji podatkowych — dość wymowne jak na podmiot doradzający przedsiębiorcom.
Podsumowując, wszystko wskazuje na to, że po wydaleniu z CBŚP Marek Pohnke stał się typowym przekrętasem i szemranym detektywem, który snuł się po różnych strukturach gospodarczych, żyjąc z mniejszych wałeczków i okazjonalnie prowadząc operacje w stylu łapania oszustów‑mechaników, którzy wykręcali części z aut swoich klientów.
„Predator” i ofiara: Filip Olenderek
Przede wszystkim jednak Pohnke postanowił żerować na cudzej naiwności oraz strachu. Nieprzypadkowo przylgnęła do niego ksywka „Predator”, którą chwalił się na lewo i prawo, nazywając tak swoje konsorcjum detektywistyczne.
Jak przystało na drapieżnika, „Predator” Marek cierpliwie wyczekiwał ofiary, którą będzie mógł od siebie uzależnić i zrobić z niej źródło wygodnego, nie do końca legalnego dochodu — niczym bohater filmu przyrodniczo‑sensacyjnego o padlinożercach, którzy nie polują na zdrowe sztuki, tylko krążą wokół osobników osłabionych przez używki, pogubionych życiowo, wplątanych w szemrane związki i decyzje, których nie są już w stanie ani cofnąć, ani nawet do końca zrozumieć.
Ten „wielki strzał” przyszedł, gdy Pohnke poznał Filipa Olenderka — człowieka idealnie pasującego do takiego rozdania.
W osobnych wpisach opisałem już historię Filipa Olenderka — człowieka przez lata nadużywającego różnych substancji, który zakochał się w damie o życiorysie i profesji budzących więcej pytań niż odpowiedzi.
Idealnie się złożyło, że w tamtym czasie Olenderek i jego wspólnicy byli już mocno zakiwani po zdarzeniu z kombinacją operacyjną CBA. Chodzi o opisywaną w wielu mediach historię „Casanovy” – Tomasza Jóźwiaka, człowieka wpuszczonego przez służby w rozmaite kręgi polityczne, żeby namieszać i nazbierać kompromatów.
Na swojej drodze Jóźwiak spotkał nie tylko posłankę Iwonę Arent, ale również udziałowców Grupy Econ – w tym Filipa Olenderka – którzy byli dojeżdżani przedłużającymi się kontrolami skarbowymi i desperacko szukali rozwiązań swoich problemów. Wtedy pojawił się czarujący „Casanova”, który obiecywał rozwiązanie problemów za dotknięciem czarodziejskiej różdki, a skończyło się zarzutami korupcyjnymi postawionymi przez Śląski Wydziału Prokuratury Krajowej w Katowicach.
Nie zapominajmy, że „Sprawa Katowicka” łączy się bezpośrednio z „aferą lubińską”, w której uczestniczyłem z ramienia ABW. Do zatrzymania udziałowców Grupy Econ doszło w czerwcu 2022 r. — w szczytowym momencie „operacji Lizbona”, a samo zatrzymanie przeprowadzili właśnie funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ujawniając w sejfie Macieja Bodnara kilkadziesiąt stron słynnych stenogramów, które w kolejnych miesiącach wywołały trzęsienie ziemi w Lubinie i okolicach.
„Oferta detektywistyczna”

Wygląda na to, że Marek Pohnke dość mocno zainspirował się metodami Tomasza Jóźwiaka i wkrótce zaczął kręcić się wokół Filipa Olenderka, obiecując mu „załatwienie” korzystnego rozstrzygnięcia w tzw. sprawie katowickiej. Pod koniec 2022 r. przedstawił dokument nazwany „ofertą detektywistyczną”, zgodnie z którą miał rzekomo zebrać dowody na niewinność Olenderka.
Sposób, w jaki „Marek‑Predator” opisywał swoje usługi, to gotowy scenariusz: sam Pohnke przedstawiał całą sytuację jako „intrygę liderów partii rządzącej oraz osób związanych z Radiem Maryja i ojcem Tadeuszem Rydzykiem”. Zupełnie nie przystaje to obecnie forsowanej przez niego narracji, zgodnie z którą działania ABW, których byłem świadkiem, miały stanowić mistyfikację i wydarzyć się tylko w mojej głowie, podczas gdy cała wierchuszka polityczna PiS miała mieć oczy wlepione w wydarzenia na Dolnym Śląsku.
Kluczowy jest jednak sposób rozliczenia wspomnianej „oferty detektywistycznej”. Pohnke formalnie skierował ją do Olenderka jako osoby fizycznej, ale płatności realizowano na podstawie faktur wystawianych na spółkę z Grupy Econ. Filip Olenderek chodził z tymi fakturami prosto do księgowej i wymuszał natychmiastowe płatności na rzecz Pohnkego, a wszystko odbywało się w tajemnicy przed pozostałymi wspólnikami.
Dopiero kontrola wewnętrzna w spółce wykazała, że nie istniała żadna realna podstawa do wystawiania faktur: Pohnke nie przedstawiał raportów, odmawiał rozmów z innymi osobami ze spółki, uparcie twierdząc, że tylko Olenderek jest „umocowany”. W dodatku mówimy o działalności detektywistycznej — branży koncesjonowanej, gdzie warunkiem legalnego działania jest pisemna umowa z klientem, której również nigdy nie przedstawiono spółce.
Łącznie do maja 2023 r. Pohnke wystawił 10 faktur — wszystkie opłacone, na łączną kwotę prawie 150 tys. zł. Nie stały za tym żadne udokumentowane czynności, a więc była to po prostu techniczna forma wyprowadzania pieniędzy ze spółki.

Z późniejszych akt sądowych wynika, że Pohnke próbował ratować wiarygodność, twierdząc, iż w rozmowach miała uczestniczyć także Katarzyna Olenderek. Problem w tym, że ona sama konsekwentnie zaprzecza, jakoby kiedykolwiek znała Pohnkego. Ot, cała wiarygodność tego środowiska: niby nikt nikogo nie zna, ale gdy trzeba wyprowadzić ponad sto tysięcy ze spółki, każdy wie, gdzie stanąć i co podpisać.
To nie były jedyne „przykrywkowe” działania Pohnkego. Usiłował również wykorzystać swoje rzekome „super‑umiejętności”, by skorumpować prokuratora i wymusić na nim korzystne rozstrzygnięcie w sprawie, w której Olenderek miał postawione zarzuty. W ten sposób Pohnke założył sobie smycz — i dziś musi iść tam, gdzie pociągną go mocodawcy.
Na marginesie warto dodać, że za te wszystkie fikołki, wyciąganie pieniędzy ze spółki i rażące nieprawidłowości przy obsłudze „oferty” Marek Pohnke stracił uprawnienia do wykonywania usług detektywistycznych (nr wpisu RD‑20/2017, data wykreślenia z rejestru 2025‑07‑28). Mimo to w CEIDG nadal widnieje jako ktoś, kto takie usługi świadczy, co mówi wszystko o jego „transparentności”.
Prawdziwe cele „oferty”
Czym tak naprawdę zajmował się Marek Pohnke, realizując „ofertę” dla Filipa Olenderka? Rzekomo miał szukać dowodów na jego niewinność w sprawie Tomasza Jóźwiaka, ale od początku było jasne, że mamy do czynienia z wygodną przykrywką, a nie realnym „dochodzeniem”. W praktyce działania „Predatora” były nastawione na puste wyciąganie pieniędzy, inwigilację wspólnika Olenderka – Macieja Bodnara – oraz finansowanie ruchów, które stanowiły faktyczną działalność konkurencyjną wobec Grupy Econ.
Przykład? W trakcie trwania tej „umowy”, w maju 2023 r. Filip Olenderek powołał spółkę Ire Vel Mori sp. z o.o., do której weszli funkcjonariusze różnych służb specjalnych, co opisałem bardzo szczegółowo w osobnym wpisie. Choć Pohnke formalnie nie pojawiał się w tej spółce, to w tym samym czasie ściśle współpracował z Olenderkiem, będąc jego nieformalnym „predatorem” od zadań specjalnych.

Skąd o tym wiadomo? Jak to często bywa, sam Filip Olenderek nie wytrzymał ciśnienia i opisał kulisy ich szemranej działalności w „liście otwartym” skierowanym do pewnego dziennikarza śledczego, którego nazwiska na razie nie wymieniam.
Jak się jednak okazało, dziennikarz ten jest również dobrym znajomym Pohnkego, na którego ten powoływał się w kierowanych do mnie pogróżkach. We wspomnianym „liście otwartym” Olenderek wprost przyznał, że z pomocą Marka Pohnke i innego „detektywa” Bartosza Żebrowskiego inwigilował swoich wspólników i opisał cały proces operacyjny utworzonego układu.
Spółka Ire Vel Mori i 10 mln zł
Dalej robi się tylko ciekawiej. Jak wiadomo działalność Ire Vel Mori została zawieszona, mimo że zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w lipcu 2023 r., kapitał zakładowy spółki podwyższono z 100 tys. zł do 10 mln zł, na co zachował się akt notarialny i zmieniony akt założycielski z szerokim katalogiem PKD.
Oczywiście tych 10 mln nikt realnie nie pokrył, a Sąd Rejonowy dla Wrocławia‑Fabrycznej zdążył jeszcze wszcząć wobec spółki postępowanie przymuszające za brak złożenia prawidłowego tekstu umowy spółki, wprost wskazując, że istnieją rozbieżności między wnioskiem a zakresem zmian aktu założycielskiego.
W tym momencie stało się jasne, że cała konstrukcja zaczyna się sypać. Późniejsze ujawnienie szczegółów operacji „Lizbona” oraz tego, jaką rolę w rozmontowywaniu Grupy Econ miał odegrać Filip Olenderek (w tym wątek tajemniczego funduszu INVL Eco Baltia), spowodowało, że jego stronnicy nie mieli już odwrotu — musieli brnąć w narrację wyznaczoną przez Roberta Raczyńskiego, Marcina Pilipa i całą resztę.
Wygląda na to, że pan Marek chciał na początku „tylko” zachachmęcić trochę kasy na „ofercie detektywistycznej”, ale szybko okazało się, że wpakował się w grubszą intrygę, której skali nie ogarnął. Jednak kiedy dotarło do niego, że Olenderek jest tylko trybikiem w większej machinie, Pohnke błyskawicznie dostosował się do nowych realiów.
Z drobnego padlinożercy, który żywił się truchłem mechaników i pustych faktur, nasz „Predator” wyrósł na stałego mieszkańca śmierdzącego bagna funkcjonariuszy, polityków i biznesmenów — to przykład stworzenia, które nie potrafi już wyjść na brzeg, bo zbyt wiele lepkich nitek przeszło przez jego pazury i zbyt wiele padliny widziały jego oczy, by mógł udawać, że nic o niczym nie wie.
Powiązania z ABW i pogróżki

Na koniec zostawiam wątki, które budzą moje największe wątpliwości.
Po pierwsze — powiązania Marka Pohnke z dyrektorem Delegatury ABW we Wrocławiu, mjr. Bartoszem Orawcem, którego sam Pohnke familiarnie nazywał „Bartkiem”, próbując w ten sposób mnie zastraszyc i zademonstrować swoje zaplecze w służbach.
To szczególnie ciekawy kontekst, biorąc pod uwagę, że kiedy w 2024 r. kierowałem do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Tomasza Siemoniaka szereg zawiadomień o nieprawidłowościach w działaniu ABW na Dolnym Śląsku, część z nich przesyłałem „do wiadomości” wrocławskiej Delegatury. Pomijam fakt, że Tomasz Siemoniak rok później udawał, że nic o sprawie nie wie (pisałem o tym wielokrotnie, ale warto o tym przypominać).
Bardziej zastanawiające jest jednak zachowanie mjr. Orawca, który potraktował moje pisma bardzo „specjalnie” (nie chcę na razie zdradzać więcej szczegółów). Co istotne, ich treść wraz z załącznikami zaczęła wkrótce „cudownie” chodzić na mieście, a część z nich wylądowała ostatecznie u samego Filipa Olenderka, który zaczął się nimi posługiwać w celu zastraszania innych osób.
Co więcej, mjr Orawiec — zanim został Dyrektorem Delegatury — miał dołożyć rękę do działań ABW związanych z zatrzymaniami osób powiązanych z Grupą Econ w czerwcu 2022 r. Podkreślę: w sejfie Macieja Bodnara znaleziono wówczas stenogramy przekazane mu na polecenie kpt. Marcina Pilipa — dokumenty, których wiarygodność dziś usiłuje się podważać, choć to właśnie one są jednym z kluczowych elementów układanki.
Ciekawym zbiegiem okoliczności jest też znajomość Pohnkego z Mariuszem Rydlickim — kolejnym „bezpieczniakiem” z orbit KGHM, który zostawił odciski palców przy operacji „Lizbona” jako bliski współpracownik kpt. Pilipa.
Jak wynika z „listu otwartego” Olenderka, to właśnie Rydlicki miał skontaktować się ze swoim kolegą Markiem Pohnkem i „przestrzec” go przede mną jako rzekomym zagrożeniem, co miało uzasadnić inwigilację mojej osoby przez „detektywów” spuszczonych ze smyczy przez Olenderka za pieniądze, które wcześniej wyprowadził z Econu.
Klakier i renegat
Dziś Pohnke występuje w roli klakiera Roberta Raczyńskiego i zawziętego komentatora „afery lubińskiej”, który próbuje podważyć każde moje działanie.
Wiem, że złożył na mnie szereg zawiadomień, zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i w formie anonimów. Chodził po ludziach, którzy popełnili przestępstwa na moją szkodę, próbował wpływać na postępowania, mącił, pomawiał, zastraszał i korumpował — część z tych wyczynów kaskaderskich jest przedmiotem osobnych postępowań organów ścigania.
Przykład Marka Pohnke może stać się ogólniejszą refleksją nad naszym systemem, który nie znajduje miejsca dla tego typu renegatów. To smutna konkluzja, że skompromitowani funkcjonariusze mogą zostać co najwyżej wykonawcami brudnej roboty, wysyłanymi tam, gdzie trzeba kogoś zastraszyc, obrzydzic i obsmarowac. Pytanie nie brzmi więc, czy Pohnke jeszcze ma jakąkolwiek wiarygodność — lecz jak długo utrzyma się na powierzchni, zanim instytucje państwa nie będą mogły dłużej udawać, że nie widzą, po której stronie barykady ustawił się ich były funkcjonariusz.